czy kiedykolwiek bede miec jakes powody ku temu aby walczyć?
aby walczyć o normalne życie, a nie ciągłe zamartwianie się, ciągłe myślenie o nim, troski, cierpienia....
czy kiedyś nauczę się żyć z tym,albo co ważniejsze czy kiedykolwiek jeszcze bede mogła żyć bez tego?
nie moge tego juz wytrzymac, to mnie coraz badziej przeraża....
jestem niewolnikiem tej chorej, nieuzasadnionej, jednostronnej i bardzo niszczącej miłości
nie mogę już powiedzieć, że sprawia mi to jakąkolwiek satysfakcje, radośc lub szczęście
to sprawia mi jedynie kłopoty, smutek, rozpacz, rozgoryczenie, ciągłe zamartwianie się i nieustanne myślenie o nim
nic korzystnego dla mnie
nie potrafie wyrzucic go z głowy
jest jakby nieodłączną cześcia mojego życia
jest częscia mnie
i chociaż leże teraz bardzo daleko od niego, czuje ciągle jego obecność
jestem pewna, że to jest jakieś przeznaczenie,a może miłość na prawde istnieje i jest to właśnie ona
tak wiele razy próbowałam, ciagle staram się wyrzucić go z pamięci....
nie da się, nie potrafię, nie umiem nie kochać nikogo, nie umiem nie kochać kogoś ninnego, nie umiem nie kochać jego.....
to jest jakby stałe, permanentne i nie da się tego w żaden sposób wyczyścić
kojarzy mi się to nie wiem na przykład z jakimś narządem....mózg, serce....coś bez czego człowiek nie może żyć, coś bez czego w jednej chwili umrze.... to jest właśnie coś takiego, nie potrafię tego lepiej opisać, ale myśle, że lepiej się już chyba nie da
to ciągle wraca, nie da się od tego uciec
nie nie]po prostu nie
chociaż czasem już całkowicie nie mam siły i na prawde się staram z całych sił, nie potrafie
chce żeby on przejrzał na oczy, chce żeby mnie kochał, chce tego
bo nadal jestem w stanie za niego umrzeć, zrobie dla niego wszystko
wszystko
kocham go
tyle chyba wystarczy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz